1. Opowieść Szamana

scott-webb-167099

Czy gdy powiem, że od zawsze wiedziałem o sobie, iż jestem inny od pozostałych ludzi, zadziwi to kogokolwiek?

Dzieci, a nawet część dorosłych często ma o sobie podobne mniemanie, toteż nie byłem wyjątkiem. Jednak ja po prostu wiedziałem, że się wyróżniam i ludzie naokoło mnie chyba również to wyczuwali, bowiem omijali mnie zwykle szerokim łukiem. Od najmłodszych lat widywałem rzeczy i istoty, których nie potrafili dostrzec pozostali. Duchy, demony, potwory – wszystkie legendarne stwory były dla mnie czymś zupełnie naturalnym, chociaż zwykli śmiertelnicy już od setek lat stracili zdolność ich oglądania. Często stawali się ich ofiarami, nie wiedząc nawet, co ich uderzyło… Ja to wiedziałem i już jako kilkuletni chłopiec przekonałem się po raz pierwszy jak niebezpiecznym jest obcowanie z nadnaturalnymi siłami.

Mając pięć lat mieszkałem tylko z matką, ojciec zostawił ją jeszcze przed moimi narodzinami. Była i nadal zresztą jest, dobrą kobietą o długich ciemnobrązowych włosach, których kolor odziedziczyłem po niej. Zawsze spoglądała na mnie z lekkim półuśmiechem drobnych ust i ciepłym błyskiem piwnych oczu, więc czułem się kochanym dzieckiem. Jako drobna kobieta z małym dzieckiem przy boku sprawiała wrażenie niezaradnej i kruchej, ale mimo tej gry pozorów świetnie dawała sobie radę, troszcząc się o nas oboje. Nigdy nie nawiązała też trwałego romansu aż do czasu, gdy osiągnąłem samodzielność, więc w domu mieliśmy tylko siebie nawzajem. Mieszkaliśmy wówczas na skrzyżowaniu ulicy Barberry z Avon w Amityville Stanu Nowy Jork. Nasz dom nie był może duży, ale dla raptem jednej osoby dorosłej z dzieckiem tak chudym jak ja sprawdzał się wyśmienicie. W niewielkim oddaleniu znajdowało się jezioro Avon, nad brzeg którego uwielbiałem chodzić i obserwować to, co działo się pod powierzchnią wody. Nierzadko były to piękne kobiety, które nigdy nie wynurzały się z toni, by przywitać ciekawskiego chłopca, jaki kolejny raz wyrwał się spod opiekuńczych ramion matki, niby to bawiąc się u jednego z sąsiadów na podwórku. Na ten czas nie rozumiałem, kim naprawdę były i też nie zdawałem sobie w ogóle sprawy z zagrożenia, jakie stanowiły. Drugim takim miejscem, do którego często chodziłem, ale nigdy nie miałem odwagi, by wkroczyć na teren posesji, był jeden z opuszczonych od lat domów na ulicy Ocean Avenue o numerze 112. Słyszałem, że na podstawie historii, która miała w nim miejsce, powstał nawet jakiś horror. Dla takiego szkraba i innych okolicznych łobuzów było to zatem miejsce, do którego tłumnie schodzili się, by obejrzeć te owite złą sławą mury. Prócz nas pojawiały się tutaj też pielgrzymki nastolatków z pobliskiego liceum, jakich zainteresowanie na ogół podkręcał fakt, iż oni przynajmniej ten film już obejrzeli… Wierciłem o to dziurę w brzuchu matki, jednak wyśmiała mnie i zbyła moje błagania wzruszeniem ramion. Po dziś dzień jestem jej za to wdzięczny, bowiem obejrzawszy film jako dorosły człowiek, nie czułem się nadmiernie szczęśliwy z tego powodu.

Przechodząc do sedna, byłem nader chuderlawym, niewysokim chłopcem o brązowych, lekko kręconych włosach i szaroniebieskich oczach. Wszyscy zawsze zachwycali się moim uśmiechem, być może dlatego, że pojawiał się na mojej twarzy nieczęsto z powodu okropieństw, jakie na ogół mnie otaczały. Z każdym rokiem rozwijały się moje zdolności do widzenia zjawisk nadprzyrodzonych i to właśnie w dniu, gdy skończyłem owe feralne pięć lat, zacząłem także widzieć duchy…

Jak łatwo możecie się domyśleć, duchy pozostałe na ziemi nie należą zwykle do tych z rodzaju miłych i dobrych. Z reguły są uwięzione w pętli zdarzeń ze swoich ostatnich chwil przed śmiercią i gdy tylko jakiś pechowy żyjący wplącze się w ich sieć, może mocno tego pożałować. Na ten czas częściej stawałem przed domem numer 112, patrząc na osoby widywane przeze mnie za oknami. Dziwiło mnie ich mrowie i fakt, iż nikt nie reagował na krzyki dochodzące z wewnątrz. Wówczas zdobyłem o sobie opinię dziwaka i zaczęto unikać mojego towarzystwa. Ktoś zaproponował mojej matce, by zaczęła się mną lepiej zajmować, gdyż sąsiadów słynnego budynku stresowały moje pytania o uwięzionych w środku ludzi. Wtedy dowiedziałem się jednej ważnej rzeczy o moim pochodzeniu…

– Jesteś dokładnie taki sam jak twój ojciec – mruknęła przygnębiona już bez tego delikatnego półuśmiechu, który kochałem. Patrzyła na mnie długo smutnym wzrokiem, nim wreszcie przytuliła mnie delikatnie i zaprowadziła z powrotem do domu. – Nie możesz chodzić w to miejsce, kochanie, może ci się stać krzywda.

– Wszyscy mówią, że nikt tam nie mieszka, ale w środku jest mnóstwo ludzi i wyglądają na przestraszonych, mamo – spojrzałem na nią poważnie i dodałem z nutą wyrzutu w głosie – Nie powinniśmy im pomóc?

– Być może powinniśmy, kochanie, ale nie leży to w naszej mocy – patrzyła na mnie surowo, toteż zabrakło mi odwagi na dalszą polemikę…

Ponieważ matka zaczęła wynajmować opiekunki, nie miałem już okazji by wykradać się w swoje ulubione miejsca. Nie bawiłem się z innymi dziećmi z okolicy, zwyczajnie siedziałem sam pod czujnym okiem jednej z trzech zajmujących się mną licealistek. Nie uzyskałem też wcale więcej swobody, gdy poszedłem do szkoły. Matka miała teraz lepsze warunki pracy, więc zwykle odbierała mnie po zajęciach i odwoziła prosto do domu, skąd nie wolno było mi się oddalać. Z czasem wpadłem na pomysł, by płacić chłopakowi z okolicy za to, że ten udawał, iż przychodzi po mnie, by razem spędzać czas na zabawie i grze w piłkę. Moja rodzicielka dała się na to nabrać, więc wreszcie odzyskałem trochę przestrzeni, ale też od tej pory byłem dużo ostrożniejszy w swoich badaniach. Doskonale zdawałem sobie sprawę, iż nikt nie widzi niektórych istot, jakie ja widywałem. Przestałem zadawać pytania, zamiast tego przeszukiwałem zasoby biblioteczne w poszukiwaniu informacji na temat cudów, jakie oglądałem każdego dnia.

Opublikowano Szaman i Topielica | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Opowieść Yuki cz. 2

layne-lawson-140382

Learoth postanowił tym razem odlecieć ze swoją branką znacznie dalej. Przy tym nie rozumiał powodu, dla którego śledził go dżinn wraz z beholderem… Czyżby Renouyoni zaczął coś podejrzewać i kariera inkuba wisiała na włosku? Co mu szkodziło, iż wykorzystywał kobiety, które mu przynosił? Przecież same się na niego rzucały, co z tego, że pod wpływem demonicznych feromonów?

Machał skrzydłami niestrudzenie, sapiąc z wysiłku, bowiem Angela była podobnego wzrostu i wagi, a to mu wcale nie pomagało w utrzymaniu tempa i wysokości lotu. Poza tym, czy ona aby już się nie budziła? Co z nią było nie tak? Żadna z poprzednich kobiet, jakie chwytał na polecenie pana Kręgu, nie odznaczała się podobnymi cechami… Po chwili wahania uderzył ją, by ogłuszyć na jeszcze jakiś czas, pokonując tym samym jeszcze kilka kilometrów.

Tym razem odpocząć postanowił w jaskini ukrytej, a jakże, za wodospadem. Urok miejsca nie wzruszał demona, któremu zależało jedynie na tym, by zaznać nieco zabawy zgodnej z jego naturą, a że tym razem nikt go nie znajdzie, miał niemal stuprocentową pewność. Swoich dwóch kumpli z pracy zgubił już jakiś czas temu, więc nie było szans, by miał mu ktokolwiek przeszkodzić. Wleciał wreszcie przez wodną mgiełkę do skalnej niszy i ułożył szatynkę na stercie koców.

-Porywałem piękniejsze od ciebie i wszystkie kończyły marnie… – mruknął, zaś Angela wyraźnie drgnęła.

Kiedy podniosła na niego pełne bólu spojrzenie, zaniemówił na moment i wreszcie zrozumiał powód jej inności. Była demonem, jej oczy jasno na to wskazywały… Inkub przełknął z trudem ślinę. Mogła być dużo potężniejszym gatunkiem od niego, stąd opieranie się feromonom oraz zaskakująca wytrzymałość na inne jego zdolności. Musiał porządnie się natrudzić, jeśli chciał postąpić z nią tak, jak dotychczas czynił…

-Kosztujesz mnie mnóstwo wysiłku, kobieto – uśmiechnął się chłodno, spoglądając na nią z góry, ale Angela nagle skoczyła nań z pazurami, sycząc wściekle przez ostre kły.

Szarpali się dobrą chwilę w ciasnej jaskini, nim wreszcie udało mu się uderzyć nią o ścianę, aż jęknęła z bólu i opadła z sił bezwładna. Cały czas uwalniał feromony, lecz nie wydawała się podatna. Oddychała płytko, starając się zasłaniać nos włosami, więc oderwał jej ręce i przyszpilił do ziemi, nie zważając na ból ofiary.

-Dlaczego ja? Jeżeli ten twój władca tak chce mojej śmierci, to wyślij mnie do niego! – warknęła, ledwie panując nad łzami – Ale zostaw w spokoju, na litość boską!

-Żaden bóg nie ma tutaj nic do gadania, jesteś w Piekle i nie wiem, czego się spodziewałaś od inkuba, doprawdy… – parsknął, lecz na ten moment między kroplami wody Angela dostrzegła jedno z magicznych ogników Briana, więc postanowiła grać na zwłokę.

-Czego chce ode mnie Renouyoni? – zapytała ostrożnie, starając się nie wdychać tej słodkiej woni, która w zamierzeniu miała ją nakłonić do współpracy.

-A co to ma do rzeczy? – wzruszył ramionami, rozkładając leniwie skrzydła.

-Tutaj masz rację, Learothu, nie ma nic… – w progu groty stał bladolicy Brian o wzroku tak mrocznym, aż Angela sama się go zlękła.

Ku jej fascynacji samo brzmienie głosu lisoducha zmroziło inkuba w miejscu. Odwrócił się ku niemu z trudem, jakby nie wierzył własnym uszom, zaś na widok samuraja zaklął głośno.

-Co ty tutaj robisz? – zaskomlał przerażony.

-Zostałem najęty do ochrony panny Angeli oraz jej przyjaciół… – kącik ust Briana uniósł się lekko w warknięciu, lecz nie dał przeciwnikowi czasu na obronę, tylko skoczył nań z wyciągniętym ostrzem. – Twój pan nie byłby zadowolony, widząc taką samowolkę… Nie do tego ciebie zatrudnił, byś folgował swoim żądzom, miernoto!

Ciął powietrze, raniąc Learotha przez pierś. Demon padł na plecy, płacząc i błagając o litość. Nawet nie próbował walczyć, tylko kulił się przed nim strwożony.

-Gdybym wiedział, że z nimi wędrujesz, nigdy nie poważyłbym się na atak, przysięgam! – płakał już na całego, zaś Angela odczuwała leniwą satysfakcję.

Niestety czuła się zupełnie odurzona zapachem inkuba, więc tylko chichotała oparta o ścianę, podziwiając tęczowe rozbłyski od strony wody oraz poblask kilkunastu błękitnych ogników, jakie zbierały się teraz z całej okolicy. Resztka jej rozsądku żywiła nadzieję, że ten stan minie prędko, lecz póki co nie była zdolna do niczego poza głupawym patrzeniem na okolicę oraz dwójkę walczących.

-Czy poprzednim razem to również on ciebie porwał, panno Angelo? – lisoduch zerknął na nią badawczo, zaś kobieta uśmiechnęła się, wesoło kiwając głową.

-O tak! – zachichotała – Powiedział, że jak skończy ze mną Renouyoni, to będę mu wdzięczna za tę chwilę przyjemności. To jakiś zboczony idiota! – pokazała nań chwiejnie palcem.

-Tylko inkub, one takie są niestety… – skrzywił się obrzydzony – Zamknij oczy, to nie będzie miły widok.

Angela mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem, ale posłuchała, udając po chwili sen i śmiejąc się pod nosem z własnego żartu. Brian w tym czasie doskoczył do skomlącego diabła, schwycił za szyję i rzucił przez wodę na zewnątrz z taką siłą, iż ten nie miał najmniejszych szans odzyskać władzy nad lotem przy pomocy obolałych skrzydeł. Lis wyskoczył za nim prosto na swoją latającą chmurkę, patrząc z satysfakcją na połamane skrzydła i zakrwawione lico wroga, jaki czołgał się poniżej po trawie.

-Błagam! – lecz na Brianie nie robiło to wrażenia, gdy rozpalał swoje ostrze posiadaną magią i zniżał lot, by zadać decydujący cios.

Po wszystkim westchnął cicho i zawrócił do półprzytomnej demonicy, która leżała w jaskini, czekając jego powrotu. Akurat teraz płakała, będąc ciągle pod wpływem narkotyku inkuba, chociaż tracił już na sile. Mężczyzna wylądował obok niej prawie bezszelestnie, ale Angela wyczuła jego bliskość i odezwała się drżącym głosem.

-Już jest bezpiecznie? – pociągnęła nosem.

-Tak, już więcej ciebie nie skrzywdzi… – stwierdził łagodnie, lecz on tylko przekrzywiła głowę, patrząc nań z niedowierzaniem.

-Przyjdą inni, nasłani na mnie przez tego przeklętego po dwakroć władcę! – krzyknęła zdenerwowana, aż wzdrygnął się pod wpływem jej emocji, ale mimo to chwycił za obie dłonie i przyciągnął do siebie, by wziąć ją na ręce.

-Nie odważą się, kiedy jestem w pobliżu, Angelo… – trącił ją nosem uspokajająco i wyniósł stąd niespiesznie tak, by nie zobaczyła ciała nieszczęsnego sługi Renouyoniego.

Zdyszaną grupkę biegnących na ratunek przyjaciół spotkali po drodze, chociaż Angela zdołała zasnąć i nie była świadoma ogromnego poświęcenia ze strony owej kolorowej kawalkady…

-Mówiłam, że nie musimy tak biec! – Yuki wyglądała na śmiertelnie obrażoną faktem, iż przerwano jej opowieść i kolejny raz to nie ona została porwana! To było mocno niesprawiedliwe, też chciała zostać uratowana…

 

Opublikowano Piekielny Krąg | Otagowano , , , , , , , , , | 2 Komentarze